25.12.2007 :: 16:08 Komentuj (1)

Dzień 10 ostatni zaczynamy od ponownej wizyty na plaży. 15 listopada to Dzień Proklamacji Republiki czyli dzień wolny wszyscy świętują i spacerują i się bawią.













W czasie gdy przebywamy w Rio odbywa się tam









Przy okazji idziemy sobie na targ rybny gdzie można nabyć lokalne smakołyki ;)









Ostatnia atrakcja Rio , właściwie symbol miasta
Całkiem niedawno zgłoszony na listę . Widać cuda dane jest oglądać nielicznym bo pogoda na zachwycająca nie była. Szczerze mówiąc byłą wręcz fatalna i jedyne co można było ze słynnego posągu zobaczyć to zagubiony we mgle (przy której londyńska to pikuś) zarys figury....

 











I to by było na tyle...W parszywym nastroju jedziemy na lotnisko gdzie po 2h opóźnieniu i awarii samolotu udaje nam się wystartować i odlecieć do zimnej ale naszej Polski :)

16.12.2007 :: 14:35 Komentuj (0)

Dzień zaczynamy od relaksu na plaży. Niestety ponieważ podczas wizyty nad wodospadami spaliłam się jak burak jestem jednym wielkim chodzącym bąblem pozostaje mi tylko lans w koszulce :) Ale za to jakiej

















W ogrodzie botanicznym....























w szlifierni kamieni szlachetnych









Jedziemy na favele jedni nazywają je slamsami inni dzielnicami biedy, a jeszcze inni twierdzą że to normalne warunki życia .Do dziś mam mieszane uczucia ...
Kilka najciekawszych opisów na temat favel znalezionych w sieci :


























A wieczorem Samba Show


























09.12.2007 :: 01:38 Komentuj (1)

Rio, czyli rozwiewanie mitów...
Dzień zaczynamy nadzwyczaj przyjemnie - przynajmniej dla mnie :) od wizyty na O dziwo nie wbiła mnie w ziemię,specjalnie nie zachwyciła właściwie wcale nie zrobiła tak wielkiego wrażenia jak o niej mówią. Może dlatego że stadion był pusty, może dlatego że jest taka trochę bezpłciowa - wspólna bo grają na niej 4 kluby z czołówki brazylijskiej ligi.... No ale ok byłam, widziałam, stanęłam na murawie po której biegały największe brazylijskie gwiazdy.




























viproom i polskie akcenty na Maracanie :)





Kolejne przereklamowana sprawa to , wcale nie jest tak że całe miasto jest roztańczone i kolorowe . Pokazy samby odbywają się na Sambodromie, który w rzeczywistości jest ok 700m betonową ulicą z trybunami. Dość przygnębiającą gdy jest pusta....no ale kamery potrafią zdziałać cuda i w TV możemy sobie pooglądać jak się całe Rio bawi.







Ok koniec zrzędzenia bo turystyka w Rio spadnie a pojechać mimo wszystko warto :)
Jedziemy na Głowę Cukru - Pão de Açúcar (396m) wzgórze górujące nad zatoką Wjeżdżamy kolejką z przesiadką na Morro da Urca (215 m)





























Otwarty w 1909 roku Teatr Miejski stanowi... kopię Opery Paryskiej



Nie wypada też ominąć katedry - typowego przykładu sztuki nowoczesnej.
Budowę świątyni rozpoczęto w roku 1964, w 1976 ją otwarto, ale tak
naprawdę jest ona do dzisiaj nieskończona. Wewnątrz ogromnego stożka
mieści się 20 tys. osób. Przed wejściem stoi pomnik "naszego" Papieża.





Najbardziej jednak zaskakującą budowlą jest... akwedukt. Wybudowano go
ponad 250 lat temu w celu doprowadzenia wody. Teraz to atrakcja
turystyczna - sunące po nim wagoniki, zwane bondinhos, przewożą
pasażerów z nowoczesnego Rio do XVIII-wiecznej dzielnicy na wzgórzu
Santa Teresa.




03.12.2007 :: 18:30 Komentuj (2)

Dzień 7
Wodospady Iguasu po stronie brazylijskiej też są urokliwe...nie można podejść tak blisko jak po stronie argentyńskiej ale za to widoki zapierają dech w piersiach podobnie jak po drugiej stronie...
Odwiedzamy je bardzo wcześnie rano - jeszcze przed otwarciem parku nie ma jeszcze tłumów jesteśmy tylko my przyroda i huk spadających tysięcy litrów wody.....




















lecimy do





Mieszkamy w jednym z hoteli w dzielnicy . jak wiele w Rio ma restaurację na ostatnim piętrze więc jedząc śniadanka mamy takie oto widoki.:)





Żeby nie było zbyt pięknie w drugą stronę mamy widok na



Osławione słoneczne Rio nie wita nas zbyt przyjaźnie wieczorem było tylko 18 stopni i deszcz, co podobno w jest jak na tą porę zjawiskiem dość nietypowym. Mieliśmy dziś w planach wjazd na Corcovado i oglądanie posągu Chrystusa ale z racji mgły rezygnujemy - pojedziemy pojutrze albo będzie tak samo albo lepiej - gorzej przecież być nie może (jak się później okazało mogło ). Nie pozostaje nam więc nic innego jak pójść na deptak przy plaży żeby w jednym z barów raczyć się sokiem z kokosa i drinkami capirinha :)

01.12.2007 :: 21:16 Komentuj (2)

- słowa nie są w stanie tego opisać a zdjęcia nie są w stanie tego oddać przede wszystkim dlatego że mostki prowadzą tak blisko wodospadów że obiektyw w sekundę mokry jest od kropel wody. Tego się nie da opowiedzieć ich ogrom tak przytłacza i zachwyca że zapiera dech . Człowiek czuje się tylko małą i bezsilną mróweczką w szponach natury....

Zaczynamy naszą wycieczkę od przejażdżki przez lasy deszczowe - jest pełnia wiosny bujna roślinność w pełni rozkwitu - setki rodzajów storczyków, palm, bambusów. Welcome to the jungle :)









Wąską ścieżką schodzimy nad brzeg rzeki





I przesiadamy się do motorówki, żeby popływać pod wodospadami i zmoczyć się do suchej nitki - wrażenie bezcenne, adrenalina rośnie:) Niesamowite, potoki wody spływają na Ciebie...otwierasz oczy i wokół jest tylko biel i woda woda woda....Zdjęć z pod samych wodospadów z przyczyn oczywistych nie posiadam :)












































































Teraz już naprawdę mogę powiedzieć Don't cry for me Argentina - wrócę :)

28.11.2007 :: 22:49 Komentuj (0)

Dzień 5
Dziś udało nam się wreszcie wyspać. Po późnym śniadaniu jedziemy na Aeroparque Newbery - lotnisko krajowe. Loty wewnętrzne są tam tak punktualne jak autobusy w Londynie, to też po 2h opóźnienia wreszcie startujemy. 2,5h lotu z międzylądowaniem w miejscowości której nazwy nie pamiętam i jesteśmy 1500km od Buenos na przygranicznym lotnisku.







Nocleg mamy po stronie brazylijskiej więc w dalszą drogę udajemy się autokarem po drodze odwiedzając maisteczko Puerto Iguazu a w nim ciekawe miejsce gdzie zbiegają się granice 3 krajów



My jesteśmy wciąż w Argentynie, po lewej Paragwaj po prawej Brazylia :)









Przekraczamy granicę brazylijską wpadamy na chwilę do hotelu - sprawdzamy jaki widok przez okno :)



i jedziemy do < w . Miasto słynie ze strefy bezcłowej atrakcyjnej dla Brazylijczyków oraz z faktu że głośno zwane jest miastem szumowin i przemytników. Ludzie tu handlują chyba wszystkim po prostu miasto to jeden wielki stragan. O ciemniejszej stronie tego regionu można przeczytać kilka słów . Omijamy więc owiane zła sławą miasto i jedziemy sobie obejrzeć wodospad Monday na rzece Parana- namiastka tego co zostało Paragwajowi po tym co będziemy oglądać jutro.





















Wracamy późnym wieczorem do hotelu trochę nam się schodzi bo na moście przyjaźni łączącym Paragwaj z Brazylią (most slynie jako szlak kontrabandy - kradzione samochody, bron i narkotyki) pomiedzy przyjacielskimi krajami, dzikie tłumy wszyscy wracają obładowani ze strefy bezcłowej to też my musimy przez nich tkwić w korku. Najszybciej tę trasę można pokonać pieszo lub jedną z wielu kursujących na tym odcinku moto-taksówek. Wzbudzamy niemałe zaskoczenie wśród celników bo jesteśmy chyba jedynym autokarem który nie ma stosu tobołów pralek lodówek czy innych zakupów :)
Udaje nam się dotrzeć na spóźnioną kolację i spać, spać bo rano trzeba wstać żeby ostatni raz wrócić na argentyńską stronę.


24.11.2007 :: 00:01 Komentuj (5)

Dzień 4 - czyli 3 x La Boca :)

Dziś udaje mi się wreszcie zakochać w Buenos :) Do tej pory naprawdę
nie potrafiłam zrozumieć co w nim takiego boskiego, duże miasto mało
zabytków obdrapane szare trochę zaniedbane...no ok nazwa Buenos Aires
przyciągała jak magnez ale zasadniczo jakoś mnie nie urzekło. Ale od
początku...

Jedziemy na
przez dzielnicę Olivios, po drodze mijamy dom w którym ukrywał się
Wreszcie, wreszcie zobaczę
:))))))))))

Urokliwa dzielnica wreszcie cicho spokojnie klimatycznie i kolorowo, główna ulica Caminito bajkowa - mnóstwo kafejek, knajpek, barów i tango na ulicy - na tyłach wiadomo już nie jest tak pięknie.





























Stadion Boca Juniors niestety mogę sobie zobaczyć tylko z zewnątrz :( (ja tu jeszcze wrócę!!!)



Mamy do zrealizowania plan - nie chcę odpuścić , bo uwielbiam cmentarze, a ten bije na głowę wszystkie inne, które do tej pory udało mi się zobaczyć.






















Kolejka do miejsca pochówku Evity



i sam grobowiec rodziny Duarte





Lecimy dalej, na Palermo pod Polską ambasadę (mieści się w pałacyku podarowanym przez rodzinę Radziwiłłów) i do polskiego kościoła w Buenos Aires. Zostajemy na krótkiej mszy specjalnie dla nas odprawionej













a później nasz pilot (Dzięki Maćku - sorry że dręczyłam od pierwszego dnia że ja MUSZĘ TAM BYĆ !!! :)) ) wsadza nas w taksówkę i każe nas dowieść pod stadion na La Boca :) (mówiłam że wrócę:) ) Teraz dopiero daje się odczuć jak się jeździ osobówką po tym mieście - szalony kierowca zmienia chyba wszystkie pasy i jeździ jakby był pijany no cóż jest trochę ciasno więc inaczej się nie da :))))


Jesteśmy pod stadionem :) Hiszpański jest nam obcy ale za pomocą gestów i wyłapywania pojedynczych słów wiemy od drivera żeby pilnować torebek i aparatów bo tu nie jest zbyt bezpiecznie, co zresztą piszą wszystkie przewodniki , no ale podobno dopiero po zmroku :)
Oczywiście żaden ochroniarz nie rozumie po angielsku :) Z pomocą ponownie przychodzi Pan taksówkarz który jeszcze nie odjechał i nas podprowadza pod właściwe wejście :) Nie wiem skąd ta uprzejmość, taksówki tam są bardzo tanie, miasto rozległe a my przejechałyśmy raptem przez pół za niecałe 7 dolarów :))) No cóż może po prostu się zlitował :))))))) Kupujemy bilety i do środka ...
Jeszcze przed wyjazdem sprawdziłam czy nie ma jakiegoś meczu, niestety pech nr 1 (spokojnie będzie jeszcze kilka ale to już w następnych notkach) Boca gra na wyjeździe wiec mogę sobie tylko pooglądać puste trybuny i muzeum - dobre i to :)


















































Krąży plotka ponoć prawdziwa że w Buenos Aires wymyślono czy wprowadzono pierwsze autobusy, więc nie wracamy już taryfą ale miejskim środkiem lokomocji :)



Wszak mimo nie znajomości języka nie jesteśmy głupkami - nazwy dzielnic na autobusach czytać umiemy a po za tym jakby co mamy mapę (tak 2 blondynki umieją czytać mapę :))) radzimy sobie nawet z przed potopowym kasownikiem (wow) . Dałyśmy radę - bez problemu docieramy do hotelu - jak się okazuje oprócz pogaduszki z polskim księdzem misjonarzem przepada nam też ogród botaniczny - jakoś nie żałuję gdybym nie była na Boca J. cały pobyt w Buenos dla mnie byłby staracony:) Dzięki M. że pojechałaś - wiem że się nudziłaś ;)
Mamy trochę czasu żeby się ogarnąć i ....wracamy na La Boca po raz 3 tego dnia, znów w okolice stadionu :))) Mamy rozpustną kolację w jednej z restauracji (ciii miało nie być o jedzeniu) i pokaz tanga - zdjęcia robić zakazano (można kupić dvd za 40 dolarów - no chyba śnią) dla mnie lipa, ot taka potańcówka, typowa pokazówka dla turystów - no, jedyny plus znów dobre argentyńskie wino :))))







Do hotelu wracamy późno późno .....Bóg jeden wie o której - to wszystko przez to wino ;)




22.11.2007 :: 16:59 Komentuj (0)

Dzień 3. Najwyższa pora obejrzeć z bliska kolejne reprezentacyjne miejsce w B.A
Plaza de Mayo - punkt zero wszelkich wycieczek. Głowny plac miasta utworzony w roku 1536.Po środku placu znajduje się Piramida de Mayo,obelisk upamiętniający pierwszą rocznice uzyskania przez miasto
niepodległości.


W północnej części placu znajduje się Banco de la
Nación.



Zaś całą wschodnią część placu zajmuje różowy dom , przed którym trafiamy na zmianę warty :) Z tych balkonów przemawiał , Jan Paweł II, czy Madonna grająca Evę Peron w filmowej wersji musicalu Evita.







Pisząc o Placu Majowym nie sposób nie wspomnieć o



Po wizycie na najsłynniejszym placu Buenos ruszamy do portu by promem przeprawić się na drugą stronę La Platy i dostać się do




niecałe 2h i jesteśmy w - jedyny obiekt w Urugwaju wpisany na listę Unesco.





























Samochód to w Urugwaju dobro luksusowe, więc większość ludności śmiga na skuterach.









Moda na walki byków dotarła i tu


więc wybudowali arenę na której odbyły się bodajże 2 występy i walk byków zakazano - to też obraca się owa budowla w ruinę.




Wracamy do Buenos i zaglądamy jeszcze do Katedry Metropolitalnej - z grobowcem San Martina





















20.11.2007 :: 23:39 Komentuj (7)

Dzień 2. Skoro świt wyjeżdżamy za miasto żeby powdychać świeże wiejskie powietrze i poznać miejscowe obyczaje.:) Ot taka farma dla turystów (choć w Argentynie to się chyba farma nie nazywa). Pseudo już przygotowują dla nas argentyńskie barbecue czyli asado


ponieważ dziś M. poinformowała mnie tel że po naszej wycieczce przytyła 4kg (w 10 dni) to będzie jedyna wzmianka o jedzeniu :) Ja się nie ważyłam co by się nie dołować - bo jadłam 3 razy tyle co ona :)



Za nim jedzonko się zrobiło można było sobie pojeździć konno. Ponieważ na punkcie koni mam hopla to przesiadam się z jednego na drugiego jak wariatka podczas gdy inni boją się wsiąść choćby na 1 lub też wolą jeździć bryczką:)
I tu nastąpi seria zdjęć z dedykacją dla Żmijki ;)











W trakcie obiadu suto zakrapianego winem ;) oglądamy popisy lokalnych speców od tańców tradycyjnych ;) Niektórzy włączają się do zabawy :)




Mały spacer po estancii (tak to się odmienia?)
Podczas wizyty mamy też okazję napić się - niektórzy się zachwycają, mnie osobiście nie podchodzi - smakuje jak 10 torebek dziurawca zaparzonych w jednej szklance ;) argentyńskie wina bez porównania lepsze ;)






I atrakcji ciąg dalszy - mianowicie popisy gauchos na koniach








Kto chce może pojeździć na letnich sankach ;) Ja osobiście wolę się przytulać ;)





Wracamy do Buenos...


Po drodze zaglądamy do najsłynniejszej kawiarni w mieście gdzie jak wieść niesie bywał ponoć









Wracamy metrem - jednym z najstarszych na świecie




i idziemy na spacer po Puerto Madero - portowa dzielnica gdzie w starych magazynach urządzono mieszkania, knajpy i kluby









most Puente de la Mujer - koszt budowy 6mln $






Postanawiamy sprawdzić ile prawdy w tym że Buenos to miasto które nigdy nie śpi...
Wybieramy się więc do Microcentrum na Avenida 9 de Julio - najszerszą ulicę świata (16 pasów ruchu) i w okolicach pijemy sobie napoje wyskokowe ;)


Wracamy do hotelu wąskimi ulicami centrum - faktycznie życie się toczy, nie tylko to imprezowe, teraz dopiero widać że nie zawsze jest tu czysto, pięknie i bogato... Przerażające...dziesiątki młodych ludzi grzebiących w worach ze śmieciami wystawionymi z okolicznych knajp w poszukiwaniu puszek, makulatury i jedzenia....(za jakość zdjęć przepraszam - spowodowana dyskrecją, niezbyt przyjemną dla fotografowanych sytuacją, a także moim stanem ;)











19.11.2007 :: 19:34 Komentuj (6)

No, zebrałam się wreszcie żeby wkleić jakieś zdjęcia i coś skrobnąć:) Ale może od początku. Startuję z Okęcia póżnym wieczorem - do Paryża, stamtąd po 2h godzinach oczekiwania mam samolot do - przerażająca perspektywa 13h lotu bez papierosa okazuje się nie być tak straszną, mimo że nie bardzo udaje mi się usnąć jakoś daję radę :) wita nas 25 stopniami - wreszcie ukochane ciepełko :))) Transfer do hotelu - standard zadowalający,wysoka zabudowa Microcentro sprawia, że widok z okna może nie porywa ale grunt że mieszkamy w Centrum - wszędzie blisko :)


Ponieważ podróż była męcząca - dziś dzień relaksu, jedziemy do portu Tigre, po drodze zaglądając do katedry San Isidoro, która niestety jest wewnątrz remontowana.





W porcie Tigre przesiadamy się na łódeczkę żeby popływać sobie po




U brzegów rzeki znajdują się liczne domki letniskowe i całoroczne...kursują rzeczne tramwaje które gdy tylko machniesz zatrzymają się przy Twoim prywatnym pomoście :)









Jeśli masz własną motorówkę zawsze możesz zatankować na rzece :)



Po powrocie z wodnej wycieczki idziemy jeszcze pospacerować po mieście.
Odwiedzamy Plac



Pomnik poległych w wojnie o





Pierwszy wieżowiec B.A - lata 30 XX w.


Wracamy do hotelu przez główne deptaki Florido i Lavelle gdzie jest szansa , że mimo Dnia Bankowca uda się znaleść otwarty kantor, żeby wymienić dolary na lokalną walutę. Kantory oczywiście są czynne ku uciesze naszej wycieczki jednak okazuje się że sprawa wymiany nie jest taka prosta :) Aby zdobyć upragnione peso argentyńskie należy:
1. dać swoje dolary Pani w okienku nr 1
2.dać jej paszport
3.powiedzieć w jakim hotelu się mieszka ( na Boga jestem tu pierwszy dzień i wogóle nie ogarniam gdzie jestem) :)
4. poczekać aż w tempie żółwia przeliczy i sprawdzi każdy Twój dolar :)
5.zabrać rachunek i ustawić się w kolejce do okienka nr2
6. okazać rachunek i ponownie paszport
7.potwierdzić że dało się tyle a tyle dolarów
8. podpisać ze 2 świstki
9.poczekać aż kasjer w tempie ślimaka przeliczy na Twoich oczach należne Ci peso
10. zabrać ze sobą jeden świstek
Doprawdy zbyt skomplikowane i czasochłonne jak dla blondynki :) Na szczęście nasz przewodnik to chłop z głową na karku mieszkający w Argentynie od 17 lat :) Wie że jakby pieniądze miało wymieniać 25 osób to zeszło by się nam do rana. Więc rezygnujemy i idziemy do właściciela sklepu ze skórami który dolary wymienia bez zbędnych ceregieli w dodatku po lepszym kursie z uśmiechem na twarzy że mu Polacco spadli z nieba :D
P.S Procedura wymiany poznana przy innej okazji gdyż chciałam doświadczyć tego niebywałego uczucia gnicia w kantorze bite 20 minut :))))



Wszystkie zdjęcia zamieszczone na tym blogu są moją własnością. Używanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

Księga gości

Archiwum


listopad

web tracker

Dzień 1(1)
Dzień 2(1)
Dzień 3(1)
Dzień 4(1)
Dzień 5(1)
Dzień 6(1)
Dzień 7(1)
Dzień 8(1)
Dzień 9(1)
Dzień 10(1)

powered by Ownlog.com& Fotolog.pl